fbpx

Dlaczego nie warto oszczedzać na filtrach?

Symbolem podjęcia odpowiedzialności społecznej stało dzisiaj się noszenie maseczek, które mają chronić przed rozprzestrzenianiem się złośliwego koronawirusa. Niestety, znaleźli się ludzie, którzy zamiast chronić siebie i innych, wolą dywagować na temat tego „po co zakładać to cholerstwo, utrudniające oddychanie?”. Pójdźmy więc za ciosem: dlaczego w ogóle zakładać jakiekolwiek filtry, które przecież z natury utrudniają przepływ czegokolwiek, co staje na ich drodze?

Nieważne, czy mamy do czynienia z motocyklem, samochodem czy traktorem, silnikiem Diesla lub benzynowym – każda z tych maszyn „oddycha” tym samym powietrzem, które zasysają nasze nosy. Tkanina zakrywająca twarz ma za zadanie zatrzymać drobnoustroje i nie doprowadzić do tego, żebyśmy się przy okazji udusili. Na tej samej zasadzie działają filtry samochodowe: te, które znajdują się w układzie dolotowym stosuje się, aby do cylindrów trafiało czyste powietrze, bez nieprzewidzianych dodatków.

Podnoszący się w trasie pył nie ma więc wstępu do komory spalania, w której łącząc się z olejem silnikowym mógłby wyrządzić jednostce napędowej podobne szkody, co grupa tygrysów pozostawionych bez opieki w sklepie z wędlinami. To są absolutne podstawy, jakie powinien spełnić filtr powietrza. Gdy po zdemontowaniu jego pokrywy okazuje się, że pierwsze, co nas wita, to brunatno-saharyjska barwa, oznacza, że najlepsze chwile ma już dawno za sobą. Otwierając przeglądarkę w poszukiwaniu jego następcy, napiera na nas szeroki wachlarz producentów, a ilość różnorakich typów może przyprawić o migrenę. Który wybrać?

Origami z technologią NASA

Poszukując maseczki, możemy naciąć się na „uczciwych inaczej” sprzedawców, którzy będą próbowali wcisnąć nam kawałek czyściwa, który może i wygląda jak profesjonalny sprzęt, ale z ochroną przed wirusami ma mniej więcej tyle wspólnego, co dzieła Chopina z muzyką techno. Podobny pożytek płynie z najtańszych filtrów „no-name”, które przez niedbałe wykonanie mogą się szybko rozwarstwić i otworzyć drogę dla brudu, zamieniając przepływomierz w kawał nieporęcznego złomu. Kupując filtr nie płacimy jedynie za logo, ale za pewien poziom jakości wykonania produktu. Choć jego głównym składnikiem jest papier, to wspinając się po wyższych półkach cenowych mamy większą szansę na to, że został on odpowiednio zaimpregnowany, i nie będzie to ten sam rodzaj kartonu, którego producent użył podczas pakowania swojego dzieła do wysyłki.

Celując w wyższą półkę cenową nie tylko mamy pewność, że filtr nie narobi nam niepotrzebnych szkód, ale możemy też liczyć na… lekkie zwiększenie osiągów. Mowa tu o wykonanych ze specjalnego materiału filtrach sportowych, które okresowo należy namaczać dedykowanym olejkiem. Klasyczne filtry co prawda nie zwiększą ilości dostępnych koni pod maską, ale zapewniają w zamian bezobsługową wygodę, bo przypomnimy sobie o ich istnieniu dopiero przy następnej wymianie. Ta jest z resztą bajecznie prosta, bo w niektórych samochodach nie potrzebujemy do tej czynności ani jednego klucza ze skrzynki z narzędziami.

Anioł Stróż

Pewnie zastanawialiście się, jak to jest, że kompletnie niezdatna do spożycia woda, pełna chemikaliów i nieczystości, wraca do kranów pod postacią krystalicznie czystego płynu. Oczywiście jest to zasługa oczyszczalni, której motoryzacyjnym odpowiednikiem jest filtr paliwa. Dzięki niemu, gdy do zbiornika dostaną się zabrudzenia lub woda, ich podróż zakończy się we wnętrzu papierowego strażnika, zanim szkodliwy miks zdoła wyrządzić jakąkolwiek krzywdę naszej jednostce napędowej. Jego wymiana nie jest przesadnie skomplikowana, wymaga od nas jedynie nieco większej ostrożności, ponieważ ściągając filtr, przerwiemy chwilowo odcinek, którym płynie paliwo. Lepiej więc poczekać z tryumfalnym puszczeniem dymka na czas po zakończeniu całej operacji. Chyba, że „z dymkiem” chcemy puścić nasz dom i samochód. Podczas montażu trzeba bezwzględnie pamiętać o zamocowaniu filtra we właściwym kierunku, oznaczonym strzałką: gdy się pomylimy, umieszczony w środku zawór nie pozwoli na uronienie ani kropli soku z dinozaurów.

Filtr wymieniony, żadna śrubka na szczęście nie została nam po zakończonej naprawie, a samochód… nie odpala. Pamiętacie paliwo, którego odrobina wylała się podczas odpinania starej części? Teraz jest czas na „zaciągnięcie” pożądanej zawartości do nowego filtra. W większości samochodów wystarczy po prostu nieco dłużej przytrzymać przekręcony kluczyk, aby nasz pojazd powrócił do świata żywych.

Doktor-inspektor

Nikogo nie powinno zdziwić, że ignorowanie wymiany na czas wspomnianych dziś filtrów, nie pozostanie obojętne dla kondycji naszego samochodu. Ale czy wiedzieliście, że niewielka puszka, która odpowiada za oczyszczanie oleju silnikowego, może wiele powiedzieć o tym, w jakim stanie jest serce naszej maszyny? Zmiana koloru wkładu na ciemny to wynik osadzania się w jego wnętrzu mieszaniny nagarów, i nie jest niczym budzącym podejrzliwość, jednak połyskujące drobiny są już poszlaką, która powinna zwrócić naszą uwagę.

Może się okazać, że właśnie tu znajdziemy pierwsze oznaki zużycia panewek, na długo przed usłyszeniem charakterystycznego stukania. Oczywiście, jest to raczej rodzaj okresowego „badania krwi”, które powie nam tylko, że coś jest nie tak. Tego, czy postawiona diagnoza była słuszna, dowiemy się dopiero podczas głębszej analizy, w tym przypadku po zajrzeniu w głąb misy olejowej i stóp korbowodowych.

Coś tu smierdzi…

Filtr kabinowy wydaje się być najmniej „kochanym” dzieckiem z rodziny wszystkich filtrów. W końcu bez jego wymiany samochód nie będzie miał problemów z odpaleniem, dlaczego więc zaprzątać sobie nim głowę? Funkcja filtra kabinowego jest nieco inna: to nasz osobisty lokaj, który ze strzelbą w ręce wygania nieproszonych gości z naszej posesji – niezależnie czy są nimi bakterie, pleśń, a nawet nieprzyjemny zapach kwitnącego rzepaku. Warunkiem, aby pracę wykonywał należycie, jest jego regularna wymiana. Gdy jednak naszemu kamerdynerowi nie zapłacimy na czas, na znak protestu wpuści do wnętrza naszej motoryzacyjnej posiadłości wszelkie mikropaskudztwo. Zużyta „kabinówka” nie tylko przestaje wtedy być naszym obrońcą przed problemami, ale staje się wręcz ich źródłem. Nadmiar nagromadzonego na jej powierzchni brudu i wilgoci wytłumią zadania, jakimi zajmował się filtr. Co gorsza, będzie nam dokuczał przez okrągły rok, ponieważ w chłodniejsze dni spowoduje zwiększone parowanie szyb, a w upalne lato może narazić nas na wdychanie gnijącej zawartości filtra z upiornym akompaniamentem zapaszków, przy każdym włączeniu klimatyzacji. Unikniemy tego scenariusza, podając naszemu odźwiernemu skrzynkę świeżej amunicji, najlepiej z dodatkiem węgla aktywnego. Występuje on w droższych filtrach i nie tylko pomaga lepiej wyłapać drobny pył, ale również wytłumia nieprzyjemne zapachy, dochodzące z zewnątrz.

Menu